Wszystko
definiujemy przez siebie. Wyszłam kiedyś z koleżanką na piwo, i
ona nie potrafiła powiedzieć, co to za ulica. Mieszkasz tutaj?
Zapytałam. Tak, ale wyjadę, wyjadę daleko, nie chce mi się
próbować. Wolna amerykanka. Wychodzimy. W
za krótkich dżinsach (ale to już nie peweks), sprowadzonych hurtowo
z Ameryki, Ameryka to cały czas symbol wolności i szczęścia,
nasze szczęście literuje się przez U-S-A. Wszystko, co znamy, to te
trzy litery U-S-A, cała Ameryka to jeden wielki Upper Side a Warszawa to gniot, Warszawa to słoik, każde miasto i każda wieś odmienia się przez słoik. Nie znamy województw, nie byliśmy w dzieciństwie nad Bałtykiem,
ale wiemy, że szczęście to Kalifornia, że szczęście to Los
Angeles, że szczęście nie ma akcentu na drugą sylabę od końca,
wiemy, że szczęście to nie tu ani nie teraz. Wiemy to wszystko,
ale nikt się nad nami nie użala, bo siedzimy skuleni, wypuszczamy
kwiatki z rzygami prosto w ziemię, obrażamy się co najwyżej,
ciągle za mało wszystko znamy, ciągle wszystko chcemy robić
najlepiej. Wszystko. To słowo. Mamy wszystko.
U Masłowskiej
to było przyszkolenie do jedzenie, i to było lepsze, bo jakieś. A
my? My jesteśmy pokoleniem, które nie krzyczy, bo brakuje nam
wyrazistych głosów – te są zawsze albo przed albo po, a my to
piłka i oranżada za 1,50 wydarta bezczelnie przed internet i
telewizor. Nie chcieliśmy tego. Chcieliśmy mieć możliwość buntu
– jakiegokolwiek, przeciwko jakiemuś czemuś, chcieliśmy być
kolorowi a nie szaro-internetowi. A tego szkoda, a tego nie ma. Nie
potrafimy wyjść na ulicę, rusza nas podpisanie Acta, tylko Acta
nas jednoczy, ta sprawa bez znaczenia, niczego nie ma, nie ruszają
nas chamstwo i małe płace, nie rusza nas los biednych dzieci,
starców powykręcanych na ulicach, bieda do nas nie trafia. Nie
rozumiemy, że ta pieprzona umowa obyłaby się bez krzyku gdybyśmy tylko pozwolili sobie zarobić trochę więcej. Nawet ta świadomość
nas nie rusza. Trudno nas poruszyć. Tkwimy w miejscu, w czymś
pomiędzy - nie mieliśmy informacji - przez mamy za dużo, więcej
nie zjemy, więcej nie chcemy - po mamy złe informacje, wikipedię i
te sprawy. Co robić. Nasze dzieciństwo naznaczone jest – no
właśnie, to już nie pegasus i karmel, ale też jeszcze nie Ajfon i Disney Channel. Jakiś znaczek przywieziony z Chin, może Star Wars
jeśli rodzice nas kochali, może Dragon Ball Z. Nie zdążyliśmy
kochać się w Annie Jantar i Perfectie, za starzy byliśmy na Ich
Troje, wyśmialiśmy Hannę Montanę, pokazaliśmy jej język. Wśród idoli mamy Flinty,
Janosze i miliony zapomnianych, nasza Marilyn nie maluje sobie
pieprzyka nad ustami, ona go wykłamuje, nie maluje, ale mówi, że
jest i my wierzymy. I my widzimy. Mamy czarne dziury z tyłu głowy, pamiętamy
więcej niż chcielibyśmy pamiętać, ale to bez znaczenia; czarna
masa, czarna informacja, czarne słowo, czarna generacja. Już
poszliśmy do gimnazjum, ale nikt nam nie dał kolorowych
podręczników, nasi nauczyciele to była stara kadra, której
wyrzucono żółte notatniki i odebrano wskaźniki, miotali się
razem z nami po wszystkich kątach klasy; czasami było ich
czternaście a czasami cztery. Taki szacunek, zdarza się. Nie
potrafimy się autozdefiniować, nikt z boku nawet tego nie próbuje; po nas to dzieci genialne, przed nami naznaczone piętnem upadku
komunizmu. U nas nie było wielkiej biedy, wielkiego bogactwa też
nie, nie wiemy przez to co ze sobą zrobić. Przez co mamy się określić, co odmienić. Idziemy na studia, bo w
podstawówce mówiono o elitach studiujących, to wciąż byli starzy
ludzie, ci przegadacze, nie można ich winić, to nam to weszło do
głów, to teraz już nie znaczy nic, tak samo, jak my nic nie
znaczymy.
W imieniu
nienazwanego pokolenia, jednym głosem, my, wy, oni, ja, Ty, on,
chciałabym krzyknąć, że wyrazisty głos to jeden głos i zamiast
zapuszczać korzenie w stare musimy unieść wysoko głowy i walczyć o nowe.
Myślę, że musimy walczyć o nowe masz rację. I coraz więcej osób to robi. Może nie widać protestów na ulicach o zbyt małe zarobki, nikt nie chce zauważyć biedy itp, ale takie są nasze czasy. Każdy jest kowalem własnego losu, każdy ma szansę wyjść z biedy i pracować za więcej. A Ci którym się udało nie będą krzyczeć za tych co nie mieli odwagi, a Ci co nie mieli odwagi nadal jej nie mają i za siebie też krzyczeć nie będą.
OdpowiedzUsuńNie chodziło mi o spełnianie marzeń tylko o odniesienie nas (czyli pokolenia o oczko wyżej niż pokolenie Doroty Masłowskiej) do tekstu wspomnianej przed chwilą autorki: autorki generacji NIC ("Przyszkoleni do jedzenia, wyborcza gazeta, tekst znajduje się w internecie). Jesteśmy pomiędzy dziećmi rzuconymi z komunizmu do świata Ameryki a dziećmi urodzonymi w wolnej Polsce, żyjącymi w świecie USA i technologii. I o tym się nie pamięta. Nas w opracowaniach nie ma.
UsuńDobrze, że jestem rocznikiem 87' XD
OdpowiedzUsuńA tak serio...to w dużej mierze się z tobą zgadzam, gdy patrzę na ludzi troszkę młodszych ode mnie. Nie na wszystkich, jasne...ale na ten całokształt, pewien obraz, jaki się wyłania. I nie powiem, że mnie ten obraz jakoś wybitnie cieszy, może dlatego że w pewnych kwestiach mam starą duszę i może dlatego, że bycie pomiędzy jest najtrudniejsze. Nie należysz ani do mnie, ani do nich, jesteś niczym, radź sobie sam. Radzisz czy się gubisz?
Ale ja widzisz też nie tylko Bałtyk chcę poznać. Do Kaliforni też mnie ciągnie, który ma mnie tam nauczyć surfować. Tylko mnie ciągnie inaczej, ja jestem cóż, koczownikiem w duszy. Trochę inna sprawa. Nie nie warto poznawać..a chce się poznać aż za dużo.
A ja w ogóle słyszałem określenie "pokolenie fast foodyzacji". Fast foodyzacji wartości, uczuć, wartości.
Wiesz, ten całokształt bardzo pięknie pokazała Masłowska w "Przyszkolonych do jedzenia" (podczas pisania miała 19 lat). Chodzi mi o pewnie nienazwanie: nas nie ma, bo nie pamiętamy upadku komunizmu, ale też nie jesteśmy erą ajfonów, bo to, że ja wychowałam się na komputerze i technologii to przypadek związany z taką a nie inną profesją rodziców, a inne dzieci tego nie miały. Ale nie miały też kolejek po cukier i właśnie dlatego jesteśmy nienazwani. Przed komuną - pokolenie stracone. W czasie - pokolenie określone czymś. Przy upadku - przyszkoleni do jedzenia. Krótko po - no właśnie, nienazwani my. Teraz - pokolenie dzieci technologii. Fastfoodyzacje znam, ona obejmuje i nas i tych od nas młodszych, dlatego jako pewnie pokolenie powinniśmy czuć się pokrzywdzeni, bo jesteśmy zignorowani, a pewnie wspólne w nas cechy wyznacza właśnie to co opisałam a co Ty zauważyłeś. Mamy to wszystko gdzieś z tyłu głowy nawet jeśli Ty nie słuchasz kiepskiego popu a ja nie jestem zakochana w USA to jednak to właśnie te wspólne cechy to w nas ukształtowały.
UsuńMasz rację, jesteśmy jako pokolenie trochę nijacy. Bo nie zdarzyło się nic naprawdę wielkiego co mogłoby nas ukształtować i zjednoczyć. Nie obaliliśmy komunizmu, nie mieliśmy wojny, nie musieliśmy walczyć z wielką biedą ani systemem, więc starsze pokolenia patrzą na nas z pewną wyższością. Twierdzą, że nie mamy jednego, wspólnego języka, że nasza kultura jest zbyt rozdrobniona. Twierdzą, ze to oni wywalczyli nam świat dobrobytu.
OdpowiedzUsuńTymczasem każde pokolenie jest dziełem jakiegoś poprzedniego pokolenia- więc i nasi rodzice odpowiadają za nasza stagnację. Ci, którzy po szarych czasach PRL-u za najwyższa zasadę uznali ,,zbieraj forsę". Wychowano nas w ideałach pieniędzy i nie wtrącania się. Nie chodź na wybory, nie warto. Nie chodź na manifestacje bo cię zobaczą i spiszą. siedź cicho i zarabiaj. takie ideały nam wtykano- więc co się teraz dziwić że nie potrafimy się buntować?
Co najgorsze chyba, mają nas za ludzi straconych. Bez przyszłości. Bo tu nie znajdziemy pracy, trzeba uciekać. Nawet w szkole, która powinna kształtować a nie niszczyć powtarzano mi, że powinnam uciekać na zachód. Żeby tak demotywować gimnazjalistów trzeba być już naprawdę zdesperowanym. Myślę, że właśnie najbardziej brakuj nam wiary we własne siły. To wcale nie jest prawda że nie musimy już walczyć z systemem. Komuny nie ma, ale jest ta nasza ,,młoda demokracja" i wciąż jest przeciw czemu się buntować. Jest co zmieniać. mam nadzieję że w końcu się pokoleniowo ogarniemy i zmienimy nasz kraj, miejsce w którym przyszło nam żyć.
(Choć taki choćby rocznik 2000 ma gorzej, bo to już tak zwane ,,dzieci neo", uzależnieni od komputera już w wieku niemowlęcym. )
To ja się czuję jeszcze gdzieś pomiędzy nienazwanymi a dziećmi technologii. Bo dzieciństwo niby po staremu, ale gdzieś nagle komputer się wpakował. Nawet nie czuję potrzeby nazywania swojego pokolenia, bo już się za bardzo indywidualni zrobiliśmy, żeby jeszcze o identyfikację błagać. Chociaż może za 20 lat, ktoś mądrze napisze, że byliśmy tacy i tacy.
OdpowiedzUsuń