Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodość. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 kwietnia 2014

Głos pokolenia 9X

Wszystko definiujemy przez siebie. Wyszłam kiedyś z koleżanką na piwo, i ona nie potrafiła powiedzieć, co to za ulica. Mieszkasz tutaj? Zapytałam. Tak, ale wyjadę, wyjadę daleko, nie chce mi się próbować. Wolna amerykanka. Wychodzimy. W za krótkich dżinsach (ale to już nie peweks), sprowadzonych hurtowo z Ameryki, Ameryka to cały czas symbol wolności i szczęścia, nasze szczęście literuje się przez U-S-A. Wszystko, co znamy, to te trzy litery U-S-A, cała Ameryka to jeden wielki Upper Side a Warszawa to gniot, Warszawa to słoik, każde miasto i każda wieś odmienia się przez słoik. Nie znamy województw, nie byliśmy w dzieciństwie nad Bałtykiem, ale wiemy, że szczęście to Kalifornia, że szczęście to Los Angeles, że szczęście nie ma akcentu na drugą sylabę od końca, wiemy, że szczęście to nie tu ani nie teraz. Wiemy to wszystko, ale nikt się nad nami nie użala, bo siedzimy skuleni, wypuszczamy kwiatki z rzygami prosto w ziemię, obrażamy się co najwyżej, ciągle za mało wszystko znamy, ciągle wszystko chcemy robić najlepiej. Wszystko. To słowo. Mamy wszystko.

U Masłowskiej to było przyszkolenie do jedzenie, i to było lepsze, bo jakieś. A my? My jesteśmy pokoleniem, które nie krzyczy, bo brakuje nam wyrazistych głosów – te są zawsze albo przed albo po, a my to piłka i oranżada za 1,50 wydarta bezczelnie przed internet i telewizor. Nie chcieliśmy tego. Chcieliśmy mieć możliwość buntu – jakiegokolwiek, przeciwko jakiemuś czemuś, chcieliśmy być kolorowi a nie szaro-internetowi. A tego szkoda, a tego nie ma. Nie potrafimy wyjść na ulicę, rusza nas podpisanie Acta, tylko Acta nas jednoczy, ta sprawa bez znaczenia, niczego nie ma, nie ruszają nas chamstwo i małe płace, nie rusza nas los biednych dzieci, starców powykręcanych na ulicach, bieda do nas nie trafia. Nie rozumiemy, że ta pieprzona umowa obyłaby się bez krzyku gdybyśmy tylko pozwolili sobie zarobić trochę więcej. Nawet ta świadomość nas nie rusza. Trudno nas poruszyć. Tkwimy w miejscu, w czymś pomiędzy - nie mieliśmy informacji - przez mamy za dużo, więcej nie zjemy, więcej nie chcemy - po mamy złe informacje, wikipedię i te sprawy. Co robić. Nasze dzieciństwo naznaczone jest – no właśnie, to już nie pegasus i karmel, ale też jeszcze nie Ajfon i Disney Channel. Jakiś znaczek przywieziony z Chin, może Star Wars jeśli rodzice nas kochali, może Dragon Ball Z. Nie zdążyliśmy kochać się w Annie Jantar i Perfectie, za starzy byliśmy na Ich Troje, wyśmialiśmy Hannę Montanę, pokazaliśmy jej język. Wśród idoli mamy Flinty, Janosze i miliony zapomnianych, nasza Marilyn nie maluje sobie pieprzyka nad ustami, ona go wykłamuje, nie maluje, ale mówi, że jest i my wierzymy. I my widzimy. Mamy czarne dziury z tyłu głowy, pamiętamy więcej niż chcielibyśmy pamiętać, ale to bez znaczenia; czarna masa, czarna informacja, czarne słowo, czarna generacja. Już poszliśmy do gimnazjum, ale nikt nam nie dał kolorowych podręczników, nasi nauczyciele to była stara kadra, której wyrzucono żółte notatniki i odebrano wskaźniki, miotali się razem z nami po wszystkich kątach klasy; czasami było ich czternaście a czasami cztery. Taki szacunek, zdarza się. Nie potrafimy się autozdefiniować, nikt z boku nawet tego nie próbuje; po nas to dzieci genialne, przed nami naznaczone piętnem upadku komunizmu. U nas nie było wielkiej biedy, wielkiego bogactwa też nie, nie wiemy przez to co ze sobą zrobić. Przez co mamy się określić, co odmienić. Idziemy na studia, bo w podstawówce mówiono o elitach studiujących, to wciąż byli starzy ludzie, ci przegadacze, nie można ich winić, to nam to weszło do głów, to teraz już nie znaczy nic, tak samo, jak my nic nie znaczymy.

W imieniu nienazwanego pokolenia, jednym głosem, my, wy, oni, ja, Ty, on, chciałabym krzyknąć, że wyrazisty głos to jeden głos i zamiast zapuszczać korzenie w stare musimy unieść wysoko głowy i walczyć o nowe.